Pokazywanie postów oznaczonych etykietą granica. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą granica. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 14 lipca 2013
Zrobiłam kiedyś trzy zdjęcia
Zrobiłam kiedyś trzy dobre zdjęcia i wrzuciłam je tu, teraz wykopuję. Serio, lubię je. Okazja była średnio dla mnie miła, ale po dwóch latach złe wspomnienia się zatarły, zostały te lepsze. Jedno z tych zdjęć (środkowe) niedługo będzie zaprezentowane na wystawie podczas Festiwalu Dwóch Cesarzy w Aleksandrowie. Bo gdzie diabeł nie może tam Anka pośle. Jak tylko dowiem się dat i miejsc, to napiszę. Tymczasem chciałam się tylko pochwalić :)
czwartek, 18 kwietnia 2013
Z innej beczki. Cholera w 1873 roku
"Mijając Toruń wspominali starzy oryle rok 1873, kiedy to był zarobek niebywały, jeno ta była chybka, że "kolera nie śpasowała". Co rana widać było na tratwach, jak budy po nieboszczykach zapalano wraz z jego ubogimi bagażami, zrzucano do Wisły, a zmarłych wywożono na ląd, gdzie ich nad brzegiem, gdzie wypadło zakopywali. "Pamiętam to dobrze - mówił jeden oryl - ja też wtedy zaszwankował. Zakroiło mię coś straszecznie na kutrzobach i rebekowałem na oba sposoby, że niech ręka boska broni. Wywieziono mię na ląda, tu oto pod kępą przy "Turoniu" i jęcząc, czekałem albo śmierci albo jakiego zmiłowania bożego. Rano nadeszła jakaś litościwa kobiecina z miasta, a widząc, że ze mną źle, przyniosła mi gorącej mięty pieprzowej. Doczyniła mi do tego "pornego haraku" i już mię wtedy nie tak brało za boskie poszycie. Gdym się mało wiele skrzepił, zabrała mię ta kobiecina do swego domu, a byłem obdarty, brudny i gady u oryla nie są nowiną. Wszak wieta, waje, że wesz orylska, gdy sobie tak południaczkiem wyjdzie na tratwę dla spaceru, to się nie bardzo wrony boi, i wrona się musi dość nauwijać, zanim ją zatermosi. A jednak ta złota kobieta nie uważała na to nic, ale mię wropaliła pod bieluśką pościel, a potem poszła po te cholerne leki do miasta i co moment dawała mi je na cukrze. A gdym jej powiedział, żem żonaty i mam na Woli Gręboszowskiej kobietę z trojgiem dzieci, to biedne babsko lutowało ich serdecznie. A koło mnie tak skakała niby rodzona żona, i takem ci ledwo z pod łopaty grubarzowi uciekł."
No worries, pocztówka zajumana z Internetu.
Mam sprechpartnera z Tandemu :D Łoho! Opłaca się z Rosjanami trzymać sztamę.
niedziela, 24 marca 2013
Ciąg dalszy o panu Walerjanie Z. cz 2.
Cóż do naszej wiedzy o Toruniu wnosi historia życia pana Waleriana Zapały? Właściwie niewiele, był, żył, pracował, otwierał coraz to nowsze stowarzyszenia i zakłady pracy. Ważne jest to, jak był odbierany i jak odbierani byli podobni jemu „obcy”, „Galicyjczycy” i „chaziaje”. Prawdziwi Pomorzacy odczuwali ich obecność jako niepotrzebną, niesprawiedliwą. Marzyli o samorządzie, a urządzono im Ministerstwo byłej Dzielnicy Pruskiej i zesłano administratorów z innych „dzielnic”. Kiedy zabrakło wspólnego celu, czyli walki o niepodległość i wspólnych wrogów – zaborców, Polacy z różnych stron zauważyli, że różnią się od siebie obyczajami, nawykami, stosunkiem do pracy, religii, państwa, językiem, kuchnią. Zdziwienie to przeradzało się w skrajnych przypadkach w akty agresji i prześladowania. „Słowo Pomorskie” – narodowe, ksenofobiczne i odwołujące się do często bardzo podstawowych popędów Pomorzaków, było gazetą, która nie raz „dawała po głowie”, co więcej podjudzała do nienawiści względem „obcych” najróżniejszego sortu. Choć jednocześnie wskazywało, że te podziały, dobrze Polakom nie robią, na co pozwolę sobie przytoczyć cytat:

L. P. P., O jednolity front przemysłowy na Wschodzie, „Słowo Pomorskie” 1921, nr 220 z 27 września, s. 3.
„Słowo” prześladowało ze szczególną lubością Waleriana Zapałę - tego obrastającego w tłuszczyk i miłującego swój wąs (strzyżony raz po raz na inną modłę) urzędnika. Na ile przyczyniło się do opuszczenia przez niego Torunia – nie wiem. Podejrzewam, że był on poczciwiną i chciał dobrze, a jednocześnie, popychająca go do coraz nowszych przedsięwzięć, ambicja, pakowała go w kłopoty. Osobiście urzekły mnie jego pocieszne miny „ na męża stanu” widoczne na poprzednio zamieszczonych zdjęciach i wzrok zbitego psa. Mam słabość do kiepskich aktorów :)
Tuż po przybyciu do Torunia w 1922 roku, Walerjan zdecydował się na kandydowanie do sejmu z ramienia NPR w poznańskiem, z wysoką, drugą pozycją, co więcej z ewentualnym poparciem mniejszości niemieckiej. „Słowo” od razu zauważyło zmianę jego zapatrywań politycznych z PSL-owskich na NPR i przedrukowało za „Orędownikiem” poznańskim bardzo obszerną i złośliwą informację o przeszłości Zapały jako komisarza cesarsko-królewskiego w Szczebrzeszynie. Szczebrzeszyn, choć miasto Kongresowe, na początku I wojny został zajęty przez Austro-Węgry i ustanowiono w nim zarząd komisaryczny, na czele którego stanął nasz bohater.

Kandydat N. P. R. w Poznaniu (P. Zapała i jego czyny),“Słowo Pomorskie” 1922, nr 252 z 1 listopada, s. 3.
Wówczas jeszcze “Słowo Pomorskie” musiało się obawiać przybysza, bądź redaktorzy obawiali się procesu. Samowolnie opublikowali sprostowanie. Grzecznie, miło, uprzejmie i w ogóle z chrześcijańskim zacięciem:

„Słowo Pomorskie” 1922, nr 271 z dnia 25 listopada, s. 3.
Cztery lata później „Słowo Pomorskie” jednak miało już Pana Zapały dość i strach im nieco minął. „Dali po bandzie” i zamieścili relację z procesu p. Zapały przeciwko Babiuchowi i Babiucha przeciwko Zapale i każdego przeciw każdemu. Zeznania Walerjana były już przedmiotem otwartych kpin, jak również i sam proces.
Roman Babiuch był przedsiębiorcą, z którym p. Zapała utrzymywał stosunki towarzyskie – z nim a zarazem z jego żoną. Towarzystwo składało się z oficerów, urzędników, pań mocno towarzyskich i jawnych prostytutek. Jedni drugich szpiegowali, donosili, załatwiali prace, zasiłki, słowem – jak to w Polsce. Nikogo to nie powinno dziwić. Może oprócz faktu, że w tamtych czasach zostało to ujawnione przed sądem i w prasie... A przy okazji poszło jeszcze o nadużycia w wojsku (liczne bardzo, łącznie z przeprowadzką mebli Babiuchowej).
Pan Zapała został oskarżony przez Babiucha o doprowadzenie do rozpadu małżeństwa i pożycia. Ten pierwszy bronił się, argumentując, że była to czysta przyjaźń i altruizm wobec kobiety nieszczęśliwej w małżeńskim stadle.
Nie wnikając w szczegóły przytoczę kilka skrótów wypowiedzi mojego bohatera:
„Wynurzenia świadka robią wrażenie raczej przemówienia wiecowego niż zeznań. Nie odpowiada na zadawane pytania wprost tylko omawia „podkład” całej sprawy. Dosłowne przytoczenie tych zeznań zajęłoby prawie dwie strony druku, jeśli natomiast odrzucimy balat pustych frazesów, pozostanie zaledwie kilka niezmiennych wyrażeń.”
Dalej następuje opis tego, w jaki sposób p. Zapała zbierał fakty przeciwko panu. Babiuchowi. Niejaka Wilińska (później okazuje sie, że utrzymanka i kobieta lekkich obyczajów) miała dostarczyć dowodów na cudzołóstwo, jakiego dopuścił się Babiuch. Spisano protokół jej zeznań przeciwko Babiuchowi, który miała podpisać (wobec strachu przed zeznawaniem przed sądem). Żadnego pisma zresztą nie podpisała, za to miała się biednemu Walerianowi narzucać ze swoją osobą w godzinach pracy. Oczywiście, Pan Zapała nie miał i nie chciał mieć nic wspólnego z Wilińską, prosił również osoby trzecie-bezstronne, o poświadczenie zeznań owej kobiety.
„Na zapytanie dlaczego świadek zajmował się temi sprawami, następuje obszerne wyłożenie idealnych pobudek tej aktywności. A więc poznanie p. Babiuchowej na balu, pozostawiony wachlarz, odniesienie go (nawet nie w wizytowym stroju), potem czarna kawa u p. Gruenkego, na której była p. Babiuchowa, i p. sędzia Piasecki (przyszły drugi mąż Babiuchowej, przyp. Nieogar). Odtąd już świadek przechodził do liczby mnogiej, mówiąc stale „ja i p. sędzia Piasecki”. Matka pani B. prosiła, aby jej pomóc w zabagnionych mocno interesach finansowych....”
„P. Babiuchowa i jej rodzina przedstaiwała nam taki wstrząsający obraz pożycia tego małżeństwa, że byliby on poruszył nawet głaz. Wiedzieliśmy, że kobieta ta znikąd nie ma pomocy. To był podkład, dla którego ja i p. sędzia Piasecki zajęliśmy się tą sprawą. Jeżeli ja się dowiaduję, że jest świadek, klasyczny świadek w procesie rozwodowym, to nie mogłem tego lekceważyć. Nie namawialiśmy jednak p. Babiuchowej do rozwodu, ja radziłem jej zawsze, żeby się pogodziła z mężem („Słowo Pomorskie” 1927.10.02 R.7 nr 226, s. 8.)” – tu już cytat dosłowny ponoć z Walerjana.
Itede itepe.
Koniec w końcu Babiuchowa rozwód dostała, została żoną sędziego, który się u niej stołował wraz z p. Zapałą. Jeden z nich wracał do niej po nocach – nie wiadomo który. Babiuch oskarżył Zapałę o rozbicie związku, Zapała oskarżył Babiucha i kołomyjka zakręciła się dalej.
Ciąg dalszy o małachajkach Zapały nastąpi...

L. P. P., O jednolity front przemysłowy na Wschodzie, „Słowo Pomorskie” 1921, nr 220 z 27 września, s. 3.
„Słowo” prześladowało ze szczególną lubością Waleriana Zapałę - tego obrastającego w tłuszczyk i miłującego swój wąs (strzyżony raz po raz na inną modłę) urzędnika. Na ile przyczyniło się do opuszczenia przez niego Torunia – nie wiem. Podejrzewam, że był on poczciwiną i chciał dobrze, a jednocześnie, popychająca go do coraz nowszych przedsięwzięć, ambicja, pakowała go w kłopoty. Osobiście urzekły mnie jego pocieszne miny „ na męża stanu” widoczne na poprzednio zamieszczonych zdjęciach i wzrok zbitego psa. Mam słabość do kiepskich aktorów :)
Tuż po przybyciu do Torunia w 1922 roku, Walerjan zdecydował się na kandydowanie do sejmu z ramienia NPR w poznańskiem, z wysoką, drugą pozycją, co więcej z ewentualnym poparciem mniejszości niemieckiej. „Słowo” od razu zauważyło zmianę jego zapatrywań politycznych z PSL-owskich na NPR i przedrukowało za „Orędownikiem” poznańskim bardzo obszerną i złośliwą informację o przeszłości Zapały jako komisarza cesarsko-królewskiego w Szczebrzeszynie. Szczebrzeszyn, choć miasto Kongresowe, na początku I wojny został zajęty przez Austro-Węgry i ustanowiono w nim zarząd komisaryczny, na czele którego stanął nasz bohater.

Kandydat N. P. R. w Poznaniu (P. Zapała i jego czyny),“Słowo Pomorskie” 1922, nr 252 z 1 listopada, s. 3.
Wówczas jeszcze “Słowo Pomorskie” musiało się obawiać przybysza, bądź redaktorzy obawiali się procesu. Samowolnie opublikowali sprostowanie. Grzecznie, miło, uprzejmie i w ogóle z chrześcijańskim zacięciem:

„Słowo Pomorskie” 1922, nr 271 z dnia 25 listopada, s. 3.
Cztery lata później „Słowo Pomorskie” jednak miało już Pana Zapały dość i strach im nieco minął. „Dali po bandzie” i zamieścili relację z procesu p. Zapały przeciwko Babiuchowi i Babiucha przeciwko Zapale i każdego przeciw każdemu. Zeznania Walerjana były już przedmiotem otwartych kpin, jak również i sam proces.
Roman Babiuch był przedsiębiorcą, z którym p. Zapała utrzymywał stosunki towarzyskie – z nim a zarazem z jego żoną. Towarzystwo składało się z oficerów, urzędników, pań mocno towarzyskich i jawnych prostytutek. Jedni drugich szpiegowali, donosili, załatwiali prace, zasiłki, słowem – jak to w Polsce. Nikogo to nie powinno dziwić. Może oprócz faktu, że w tamtych czasach zostało to ujawnione przed sądem i w prasie... A przy okazji poszło jeszcze o nadużycia w wojsku (liczne bardzo, łącznie z przeprowadzką mebli Babiuchowej).
Pan Zapała został oskarżony przez Babiucha o doprowadzenie do rozpadu małżeństwa i pożycia. Ten pierwszy bronił się, argumentując, że była to czysta przyjaźń i altruizm wobec kobiety nieszczęśliwej w małżeńskim stadle.
Nie wnikając w szczegóły przytoczę kilka skrótów wypowiedzi mojego bohatera:
„Wynurzenia świadka robią wrażenie raczej przemówienia wiecowego niż zeznań. Nie odpowiada na zadawane pytania wprost tylko omawia „podkład” całej sprawy. Dosłowne przytoczenie tych zeznań zajęłoby prawie dwie strony druku, jeśli natomiast odrzucimy balat pustych frazesów, pozostanie zaledwie kilka niezmiennych wyrażeń.”
Dalej następuje opis tego, w jaki sposób p. Zapała zbierał fakty przeciwko panu. Babiuchowi. Niejaka Wilińska (później okazuje sie, że utrzymanka i kobieta lekkich obyczajów) miała dostarczyć dowodów na cudzołóstwo, jakiego dopuścił się Babiuch. Spisano protokół jej zeznań przeciwko Babiuchowi, który miała podpisać (wobec strachu przed zeznawaniem przed sądem). Żadnego pisma zresztą nie podpisała, za to miała się biednemu Walerianowi narzucać ze swoją osobą w godzinach pracy. Oczywiście, Pan Zapała nie miał i nie chciał mieć nic wspólnego z Wilińską, prosił również osoby trzecie-bezstronne, o poświadczenie zeznań owej kobiety.
„Na zapytanie dlaczego świadek zajmował się temi sprawami, następuje obszerne wyłożenie idealnych pobudek tej aktywności. A więc poznanie p. Babiuchowej na balu, pozostawiony wachlarz, odniesienie go (nawet nie w wizytowym stroju), potem czarna kawa u p. Gruenkego, na której była p. Babiuchowa, i p. sędzia Piasecki (przyszły drugi mąż Babiuchowej, przyp. Nieogar). Odtąd już świadek przechodził do liczby mnogiej, mówiąc stale „ja i p. sędzia Piasecki”. Matka pani B. prosiła, aby jej pomóc w zabagnionych mocno interesach finansowych....”
„P. Babiuchowa i jej rodzina przedstaiwała nam taki wstrząsający obraz pożycia tego małżeństwa, że byliby on poruszył nawet głaz. Wiedzieliśmy, że kobieta ta znikąd nie ma pomocy. To był podkład, dla którego ja i p. sędzia Piasecki zajęliśmy się tą sprawą. Jeżeli ja się dowiaduję, że jest świadek, klasyczny świadek w procesie rozwodowym, to nie mogłem tego lekceważyć. Nie namawialiśmy jednak p. Babiuchowej do rozwodu, ja radziłem jej zawsze, żeby się pogodziła z mężem („Słowo Pomorskie” 1927.10.02 R.7 nr 226, s. 8.)” – tu już cytat dosłowny ponoć z Walerjana.
Itede itepe.
Koniec w końcu Babiuchowa rozwód dostała, została żoną sędziego, który się u niej stołował wraz z p. Zapałą. Jeden z nich wracał do niej po nocach – nie wiadomo który. Babiuch oskarżył Zapałę o rozbicie związku, Zapała oskarżył Babiucha i kołomyjka zakręciła się dalej.
Ciąg dalszy o małachajkach Zapały nastąpi...
środa, 20 marca 2013
Walerjan Zapała – Galicyjczyk w Toruniu, czyli niemiłe skutki pozaborowych uprzedzeń cz. 1
Nieogar żyje na granicy obłędu krążąc po pograniczach normalności. Sprawiając pozory zdrowia psychicznego (wszak wszyscy dzielimy się na chorych psychicznie i nieprzebadanych), znalazł kiedyś zdjęcie takiego oto toruńskiego budynku:

Podpisano: Widok zewnętrzny budynku kasyna Stowarzyszenia Urzędników Państwowych w Toruniu. Fotografia wykonana nocą., sygn. 1-P-428-2
-Jejuś, jaka śliczna weranda!- wykrzyknął Nieogar. A stoi? A gdzie to, a co to?
Sąsiad z Piątej strony wystarał się notatkę prasową dotyczącą upadku inicjatywy związanej z tym budynkiem:

"Słowo Pomorskie" 1933 z dnia 7 października, s.8 (bodajże).
Początki tej instytucji, były jednak bardzo optymistyczne. Poniżej kilka zdjęć z jego otwarcia:

Fotografia grupowa członków zarządu kasyna Stowarzyszenia Urzędników Państwowych przed udekorowanym budynkiem kasyna w dniu jego otwarcia. Od prawej w pierwszym rzędzie widoczni: radca Holc, pani Szarafińska, naczelnik wydziału województwa pomorskiego Grzanka, naczelnik wydziału województwa pomorskiego Walerian Zapała, wiceprezes rady miejskiej w Toruniu Pawłowski, Adamski i Kowalski.
Sygnatura: 1-P-428-1

Prezes kasyna Walerian Zapała odczytuje tekst przemówienia przed udekorowanym flagami budynkiem kasyna. Obok widoczny wojewoda pomorski Wiktor Lamot (4. z lewej) i członek zarządu kasyna Kowalski (2. z lewej).
Sygnatura: 1-U-6342
Zdjęcie ostatnie musiało powstać później, bo i miny obradujących niewesołe, a Walerjan jakiś starszy, nieco pulchniejszy...

Podpisano: Prezydium zjazdu. Od lewej widoczni: Adam Morawski, Witold Ejsmond, Andrzej Nowak, Walerian Zapała i Jabłonowski.
Sygnatura:1-P-434
A kim był ów Zapała, co zapalał się do nieudanych pomysłów? Walerian Zapała, można powiedzieć, że był urzędnikiem i politykiem "zawodowym". Pełnił takie funkcje, jak: komisarz (austriacki) w Szczebrzeszynie podczas I wojny światowej, naczelnik Wydziału Ochrony Pracy Ministerstwa byłej Dzielnicy Pruskiej w 1921/1922, naczelnik Wydziału Opieki Społecznej w pomorskim urzędzie wojewódzkim, naczelnik Wydziału Administracyjnego w tymże urzędzie. Członek i działacz NPR, a wcześniej PSL "Witos" (z czasów szczebrzeszyńskich). Kandydat na posła (z listy popieranej przez Niemców), zawodowy "przecinacz wstęgi" i mówca. Zamieszkiwał na Franciszkańskiej 13 i Piekarach 20. Do pracy daleko więc nie miał ;)

A oprócz tego:
Założyciel i sekretarz Zarządu i członek honorowy P.L.O.P.P. (Polskiej Ligii Obrony Powietrznej Państwa). Prezes Pomorskiego Towarzystwa Opieki nad Reemigrantami z Niemiec z siedzibą przy ulicy Warszawskiej, numer 2.
O tym, dlaczego ów przybysz miał ciężko przechlapane w Toruniu, napiszę w części drugiej wypocin :)
CDN.
Podpisano: Widok zewnętrzny budynku kasyna Stowarzyszenia Urzędników Państwowych w Toruniu. Fotografia wykonana nocą., sygn. 1-P-428-2
-Jejuś, jaka śliczna weranda!- wykrzyknął Nieogar. A stoi? A gdzie to, a co to?
Sąsiad z Piątej strony wystarał się notatkę prasową dotyczącą upadku inicjatywy związanej z tym budynkiem:

"Słowo Pomorskie" 1933 z dnia 7 października, s.8 (bodajże).
Początki tej instytucji, były jednak bardzo optymistyczne. Poniżej kilka zdjęć z jego otwarcia:
Fotografia grupowa członków zarządu kasyna Stowarzyszenia Urzędników Państwowych przed udekorowanym budynkiem kasyna w dniu jego otwarcia. Od prawej w pierwszym rzędzie widoczni: radca Holc, pani Szarafińska, naczelnik wydziału województwa pomorskiego Grzanka, naczelnik wydziału województwa pomorskiego Walerian Zapała, wiceprezes rady miejskiej w Toruniu Pawłowski, Adamski i Kowalski.
Sygnatura: 1-P-428-1
Prezes kasyna Walerian Zapała odczytuje tekst przemówienia przed udekorowanym flagami budynkiem kasyna. Obok widoczny wojewoda pomorski Wiktor Lamot (4. z lewej) i członek zarządu kasyna Kowalski (2. z lewej).
Sygnatura: 1-U-6342
Zdjęcie ostatnie musiało powstać później, bo i miny obradujących niewesołe, a Walerjan jakiś starszy, nieco pulchniejszy...
Podpisano: Prezydium zjazdu. Od lewej widoczni: Adam Morawski, Witold Ejsmond, Andrzej Nowak, Walerian Zapała i Jabłonowski.
Sygnatura:1-P-434
A kim był ów Zapała, co zapalał się do nieudanych pomysłów? Walerian Zapała, można powiedzieć, że był urzędnikiem i politykiem "zawodowym". Pełnił takie funkcje, jak: komisarz (austriacki) w Szczebrzeszynie podczas I wojny światowej, naczelnik Wydziału Ochrony Pracy Ministerstwa byłej Dzielnicy Pruskiej w 1921/1922, naczelnik Wydziału Opieki Społecznej w pomorskim urzędzie wojewódzkim, naczelnik Wydziału Administracyjnego w tymże urzędzie. Członek i działacz NPR, a wcześniej PSL "Witos" (z czasów szczebrzeszyńskich). Kandydat na posła (z listy popieranej przez Niemców), zawodowy "przecinacz wstęgi" i mówca. Zamieszkiwał na Franciszkańskiej 13 i Piekarach 20. Do pracy daleko więc nie miał ;)

A oprócz tego:
Założyciel i sekretarz Zarządu i członek honorowy P.L.O.P.P. (Polskiej Ligii Obrony Powietrznej Państwa). Prezes Pomorskiego Towarzystwa Opieki nad Reemigrantami z Niemiec z siedzibą przy ulicy Warszawskiej, numer 2.
O tym, dlaczego ów przybysz miał ciężko przechlapane w Toruniu, napiszę w części drugiej wypocin :)
CDN.
piątek, 16 listopada 2012
Parsiuka zostawili i uciekli :)
Z doniesień pogranicznych. Najstarsza wzmianka o przemycie czy nielegalnym przekraczaniu pruskiej granicy, jaką znalazłam. Może oni byli pierwsi w szwarcowaniu przez kordon?
Jest to coś w rodzaju listu gończego. Pisownię uwspółcześniłam gdzie się dało.
Dziennik Urzędowy Województwa Płockiego, nr 232 z 3 Marca 1821, s. 1753-1754.
Jest to coś w rodzaju listu gończego. Pisownię uwspółcześniłam gdzie się dało.
„Wzywa niewiadomych z imienia i nazwiska oraz z miejsca pobytu dwóch właścicieli jednego płaszcza starego z sukna pakłaku, jednej pary trzewików nowych, jednej świni i jednych sanek małych. –Którzy z wspomnionemi obiektami usiłowali drogą manowcową przez Rzekę Drwęcę przebyć granicę kraju tutejszego; ażeby w przeciągu tygodni czterech od daty niniejszego stawili się osobiście w Komorze Celnej pogranicznej Lubicz, do tłumaczenia się dla czego drogą manowcową zamierzyli granicę przebyć potajemnie bez meldowania się Urzędom pogranicznym Celnym i co ich powoodwało do odstąpienia swych własnosci. –Ostrzega onych przytem: że ieżeli w oznaczonym czasie nie zgłoszą się i tłumaczenia w tej mierze z siebie nie uczynią; natenczas rzeczona ich własnosć jako niemająca właściciela, uważaną i na rzecz skarbu; ze względu popełnionej defraudacji Cła wychodowego od świni; skonfiskowana będzie; wzywa także Komisja Wojewódzka każdego ktoby o wspomnioninych właścicielach i o ich miejscu zamieszkania mógł mieć wiadomość, iżby o tem Komisji Wojewódzkiej doniósł, w nagrodę czego otrzyma pewną kwotę pieniężną z zasądzić się mającej w tej sprawie części denuncjacyjnej,
Płock, dnia 24 Lutego 1821 Kobyliński, prezes Kóskowski; S. j. „
Dziennik Urzędowy Województwa Płockiego, nr 232 z 3 Marca 1821, s. 1753-1754.
czwartek, 8 listopada 2012
Dlaczego żony nie powinny być pijaczkami?
Świetne historyjki można czasami znaleźć w archiwum. Można się również nabawić przeziębienia i alergii, ale to nie wszędzie ;)
Komora celna w Pepłówku do Rządu Gubernialnego Płockiego o zezwolenie na tymczasową podmianę... plombierzy. Czyli panów plombujących towary na komorze, coby nikt na cle nie fałszował. Plombierz z Pepłówka (litościwie pomijam jego personalia) miał pewien problem natury rodzinnej, który znakomicie utrudniał mu pracę.
Przeniesiono uroczą parę około 1841 roku do Zielunia,"gdzie nie ma domów Rządowych ani maszyny do cechowania Cukru".
Niestety, władze upomniały naczelników Komór i nakazały dość szybko powrót urzędnika do macierzystej jednostki.
APP, Komisja Wojewódzka i Rząd Gubernialny Płocki, sygn. 307.
Komora celna w Pepłówku do Rządu Gubernialnego Płockiego o zezwolenie na tymczasową podmianę... plombierzy. Czyli panów plombujących towary na komorze, coby nikt na cle nie fałszował. Plombierz z Pepłówka (litościwie pomijam jego personalia) miał pewien problem natury rodzinnej, który znakomicie utrudniał mu pracę.
" mając siły stargane w służbie wojskowej, a obok tego bedąc kulawym, nie może należycie wykonywać teraźniejszych obowiązków służbowych, zwłaszcza przy ważeniu towarów i przy użyciu machiny do cechowania cukru, tudzież, że żona jego nałogowa pijaczka, którą mieści się w jednym domu Skarbowym razem z innymi oficyjalistami komory, staje sie przyczyną rozlicznych zaburzeń (przez ż, przekreślone na rz) dniem i nocą, zkąd wynikła obawa, aby jeszcze jej nieostrożność w domu służbowym drewnianym pożar niewybuchnął”
Przeniesiono uroczą parę około 1841 roku do Zielunia,"gdzie nie ma domów Rządowych ani maszyny do cechowania Cukru".
Niestety, władze upomniały naczelników Komór i nakazały dość szybko powrót urzędnika do macierzystej jednostki.
APP, Komisja Wojewódzka i Rząd Gubernialny Płocki, sygn. 307.
wtorek, 15 maja 2012
Rajd graniczny po mojemu :)
Sąsiedzi relacjonują fotograficznie, a ja nie - nie zabrałam aparatu, żeby sobie móc spokojnie pospacerować, popatrzeć, pogadać. W zeszłym roku na szarym końcu szli ci, co mieli aparaty i chęć uwiecznienia a to gniazda, a to rowu, a to znów drzewka, skazywała ich na przymusowe chwile samotności (ratunku, gdzie ja jestem, już nikogo z wycieczki nie widzę). Zdjęcia z takiej wędrówki wyszły zresztą takie sobie.
Powinnam chyba w ramach swojej relacji dodać jeszcze trochę ciekawostek.
Akt ostatecznego rozgraniczenia między Królestwem Polskiem a Prussami, począwszy od pogranicza Pruss wschodnich aż do Szlaska pod Golą ukazał się dopiero w 1823 roku. Wyznaczanie tej granicy w terenie, jak mówi Pani Profesor trwało długo i miało wielu "uczestników" (o czym przekonam się już wkrótce, jak przestanę czytać o cłach na wódkę, tabakę i zatrzymywaniu broni na granicy). Komisarzami ze strony rosyjskiej byli: Frederyk August d`Auvray (generał odznaczeń i zasług wszelakich), Ignacy Prądzyński (którego nie lubię pozamerytorycznie - ulica Prądzyńskiego w Toruniu źle mi się kojarzy), z pruskiej zaś "Pan Karol Ludwik Erhard de Knobloch"(prezes skarbu najwyższego, tajny radca, bez odznaczeń). Po czterdziestu sesjach, komisarze doszli do konsensusu. W przypadku odcinka "rajdowego" brzmiał on:
Ciekawi mnie czy parafianie z Silna odwiedzali kościół w Otłoczynie. Byłoby logiczne, jest dokładnie naprzeciwko ;)
Jest jedna mapa - moja ulubiona, której nasz organizator nie pokazał. Wskazuje ona, że świat miewa jednak swój koniec. Ciekawe, czy złośliwi dorysowywali na niej potwory bez głów i skaczące na jednej nodze, jak w czasach przed Kolumbem.
Oto jej fragment:
Ja bym się nie mogła powstrzymać :> Jestem dzieckiem wychowanym na pokreślonych podręcznikach, przechodzących z rąk do rąk. Do momentu wejścia reform wszelakich (i nowych podręczników), nie miałam pojęcia jak wygląda "prawdziwe" oblicze Łokietka, Katarzyny Wielkiej czy choćby Napoleona. Większość portretów w podręcznikach miała dorysowane sumiaste wąsiska, wyłupiaste oczy, fajki, papierosy, brody, blizny na policzkach :> Nie wiedzieć czemu, Szymon Konarski komuś się z Zorrem skojarzył, Chiopin miał ciemne okulary, Worcell został piratem z parasolką (sic!), a Wybicki miał - wybite oko.
Ale wracając do głównego wątku.
Gdyby kogoś interesowały losy rodziny wojskowego a zarazem lekarza z rosyjskiej strony Lubicza, a później - właściciela "dworu" i kościoła w Młyńcu to zapraszam do przeczytania wywiadu z Andrzejem Nieczajewem zamieszczonego TUTAJ
Z tym, że w Młyńcu dworu chyba raczej nie było, prędzej folwark, parcelowany w połowie XIX wieku, więc raczej o to chodziło.
Mój ulubiony jego fragment brzmi:
A propos kartek pocztowych. Znalazłam w sieci aukcję (chyba zakończoną, bez przesady, kupować nie będę ;)) z kartką z ucapionym "przemytnikiem". Podejrzewam, że on tak był "ucapiony", jak niektóre panienki, co mawiają z fałszywym rumieńcem "to zdjęcie było niepozowane, serio".
Faktycznie, pocztówka ma stempelek z Lubicza Polskiego.
Co to ja miałam jeszcze? Aha.
Cytaty o dobrzyniakach:
i filogermańsko a co:
Z pozdrowieniami, dla tych co nie wiedzą, co to znaczy trzymać coś sztram i jeść haferfloki, a potem pójść na ubung i być niezłym leserem, a z Prus pochodzą. Zaznaczam, że z pierwszym też się zgadzam. Prapradziadunio siedział za szaber ciut po pierwszej wojnie, dzięki czemu pradziadunio mógł się ożenić.
Korzystałam z:
Anonimowy donosiciel ;), O gospodarstwie w Lipnowskiem, Roczniki Gospodarstwa Krajowego t.19, 1851, s. 220-235.
Gazeta Warszawska, 1823, nr 138.
A mapa skąd jest każdy widzi.
Powinnam chyba w ramach swojej relacji dodać jeszcze trochę ciekawostek.
Akt ostatecznego rozgraniczenia między Królestwem Polskiem a Prussami, począwszy od pogranicza Pruss wschodnich aż do Szlaska pod Golą ukazał się dopiero w 1823 roku. Wyznaczanie tej granicy w terenie, jak mówi Pani Profesor trwało długo i miało wielu "uczestników" (o czym przekonam się już wkrótce, jak przestanę czytać o cłach na wódkę, tabakę i zatrzymywaniu broni na granicy). Komisarzami ze strony rosyjskiej byli: Frederyk August d`Auvray (generał odznaczeń i zasług wszelakich), Ignacy Prądzyński (którego nie lubię pozamerytorycznie - ulica Prądzyńskiego w Toruniu źle mi się kojarzy), z pruskiej zaś "Pan Karol Ludwik Erhard de Knobloch"(prezes skarbu najwyższego, tajny radca, bez odznaczeń). Po czterdziestu sesjach, komisarze doszli do konsensusu. W przypadku odcinka "rajdowego" brzmiał on:
"Przy uyściu strumienia Bywki granica odstępuie od rzeki Drwency (Drewenz) i idzie ponad tymże strumieniem, oddzielaiąc Lubicz do Polski, a Gumowo do Pruss, aż do traktu Toruńskiego, gdzie oddzielaiąc do Polski dwie osady zwane Bywka, przechodzi w prostey linii przez las Ciechociński, a potem idąc po nad granicami od strony Polski, lasu wyż wzmiankowanego i wsi Wrotynie, Obory i Osiek, a zaś od strony Prus wsi Kompania, Nowawieś (Neudorf) Smolniki, Grabowiec i Silno, dochodzi aż do Wisły.
Przeciąwszy Wisłę na prost, liniia graniczna dochodzi do punktu, gdzie granica między wsią Polską Wołyszewo a Pruską Otłoczyn, schodzi się z tąż rzeką przy uy- ściu Tonżyny."
Ciekawi mnie czy parafianie z Silna odwiedzali kościół w Otłoczynie. Byłoby logiczne, jest dokładnie naprzeciwko ;)
Jest jedna mapa - moja ulubiona, której nasz organizator nie pokazał. Wskazuje ona, że świat miewa jednak swój koniec. Ciekawe, czy złośliwi dorysowywali na niej potwory bez głów i skaczące na jednej nodze, jak w czasach przed Kolumbem.
Oto jej fragment:
Ja bym się nie mogła powstrzymać :> Jestem dzieckiem wychowanym na pokreślonych podręcznikach, przechodzących z rąk do rąk. Do momentu wejścia reform wszelakich (i nowych podręczników), nie miałam pojęcia jak wygląda "prawdziwe" oblicze Łokietka, Katarzyny Wielkiej czy choćby Napoleona. Większość portretów w podręcznikach miała dorysowane sumiaste wąsiska, wyłupiaste oczy, fajki, papierosy, brody, blizny na policzkach :> Nie wiedzieć czemu, Szymon Konarski komuś się z Zorrem skojarzył, Chiopin miał ciemne okulary, Worcell został piratem z parasolką (sic!), a Wybicki miał - wybite oko.
Ale wracając do głównego wątku.
Gdyby kogoś interesowały losy rodziny wojskowego a zarazem lekarza z rosyjskiej strony Lubicza, a później - właściciela "dworu" i kościoła w Młyńcu to zapraszam do przeczytania wywiadu z Andrzejem Nieczajewem zamieszczonego TUTAJ
Z tym, że w Młyńcu dworu chyba raczej nie było, prędzej folwark, parcelowany w połowie XIX wieku, więc raczej o to chodziło.
Mój ulubiony jego fragment brzmi:
"Stosunki niemiecko-rosyjskie do pierwszej wojny światowej były bardzo dobre. Niemieccy oficerowie przechodzili na stronę rosyjską i z tamtej poczty wysyłali do Niemiec kartki "serdeczne pozdrowienia z rosyjskich stepów"."
A propos kartek pocztowych. Znalazłam w sieci aukcję (chyba zakończoną, bez przesady, kupować nie będę ;)) z kartką z ucapionym "przemytnikiem". Podejrzewam, że on tak był "ucapiony", jak niektóre panienki, co mawiają z fałszywym rumieńcem "to zdjęcie było niepozowane, serio".
Faktycznie, pocztówka ma stempelek z Lubicza Polskiego.
Co to ja miałam jeszcze? Aha.
Cytaty o dobrzyniakach:
" (...) wyznać muszę, że pod względem moralności lud tutejszy daleko niżej stoi od prostaczka pańszczyźnianego w innych strojach kraju. Pijatyki i kradzieże nawet większe, bardzo częste, a pożycia bezślubne jak oni nazywają na wiarę upowszechnione jak w zdemoralizowanych miastach, co się rzadko u ludu polskiego spotyka."
i filogermańsko a co:
"Lud tutejszy od wieków będąc w ciągłem starciu z Niemcami, duzo ich obyczajów przejął (...). Język ich jest znacznie popsuty wyrazami obcemi, ubiór tak mężczyzn jak i kobiet czysto niemiecki"
Z pozdrowieniami, dla tych co nie wiedzą, co to znaczy trzymać coś sztram i jeść haferfloki, a potem pójść na ubung i być niezłym leserem, a z Prus pochodzą. Zaznaczam, że z pierwszym też się zgadzam. Prapradziadunio siedział za szaber ciut po pierwszej wojnie, dzięki czemu pradziadunio mógł się ożenić.
Korzystałam z:
Anonimowy donosiciel ;), O gospodarstwie w Lipnowskiem, Roczniki Gospodarstwa Krajowego t.19, 1851, s. 220-235.
Gazeta Warszawska, 1823, nr 138.
A mapa skąd jest każdy widzi.
niedziela, 22 kwietnia 2012
Spontaniczna wizyta w Silnie
Zupełnie nieoczekiwanie, po pracowitym dniu, zboczyliśmy do Silna (w końcu - jeśli o mnie chodzi).
Testowałam nowy aparat, który po całym dniu prób wydobył jedno zdjęcie, z którego jestem zadowolona. Przedstawia krzyż przydrożny przy dawnym budynku Zollamtu. Piękne miejsce, naprzeciwko widać kościół ewangelicki w Otłoczynie:
Budynek celników, niestety, niszczeje. ZHP nie ma pomysłu na jego wykorzystanie podobno od lat 90. zeszłego wieku.
Obok znajduje się piękny dom z całkiem zadbanym ogródkiem. Posiada tabliczkę OGGW Gdańsk, cokolwiek to znaczy.
Poniżej, przy zejściu ze skarpy znajduje się żeliwny słupek z napisem 1928 CBH - podobno wskazuje stan wody 1928 r.
Schodki do wskazywania poziomu wody również się zachowały! Bardzo mnie to cieszy, ale smucą śmieci, jakie się tam rozpanoszyły.
Tuż obok znajdują się dwie łódeczki - jedna chyba "niemiecka" a druga "polska". W Silnie znajdował się znany wzdłuż całego dolnego biegu Wisły zakład produkujący takie niezbyt głębokie (bo fale w pruskiej części Wisły nie były tak wysokie) łodki. Po rosyjskiej stronie nieco dzika Wisła miała wymagać większej głębokości, coby się nie nalało do środka. Podobno - ja się na takich rzeczach nie znam ;)
Gdyby użyć wyobraźni można by sobie wyimaginować, że w takim miejscu jak to poniżej mogło być zrobione zdjęcie, które posłużyło do wykonania tej pocztówki. W tych okolicach jest dużo takich "oczek" przy brzegu Wisły. Oczywiście w Chrapach, już po rosyjskiej stronie. Na podstawie zdjęć robiono litografie - i tadam, mamy chyba tego samego granicznego kozaka, ale już mniej z profilu.
I kilka widoczków na koniec.
Podobało się?
P.S. Podziękowania dla przewodnika :)
Budynek celników, niestety, niszczeje. ZHP nie ma pomysłu na jego wykorzystanie podobno od lat 90. zeszłego wieku.
Obok znajduje się piękny dom z całkiem zadbanym ogródkiem. Posiada tabliczkę OGGW Gdańsk, cokolwiek to znaczy.
Poniżej, przy zejściu ze skarpy znajduje się żeliwny słupek z napisem 1928 CBH - podobno wskazuje stan wody 1928 r.
Schodki do wskazywania poziomu wody również się zachowały! Bardzo mnie to cieszy, ale smucą śmieci, jakie się tam rozpanoszyły.
Tuż obok znajdują się dwie łódeczki - jedna chyba "niemiecka" a druga "polska". W Silnie znajdował się znany wzdłuż całego dolnego biegu Wisły zakład produkujący takie niezbyt głębokie (bo fale w pruskiej części Wisły nie były tak wysokie) łodki. Po rosyjskiej stronie nieco dzika Wisła miała wymagać większej głębokości, coby się nie nalało do środka. Podobno - ja się na takich rzeczach nie znam ;)
Gdyby użyć wyobraźni można by sobie wyimaginować, że w takim miejscu jak to poniżej mogło być zrobione zdjęcie, które posłużyło do wykonania tej pocztówki. W tych okolicach jest dużo takich "oczek" przy brzegu Wisły. Oczywiście w Chrapach, już po rosyjskiej stronie. Na podstawie zdjęć robiono litografie - i tadam, mamy chyba tego samego granicznego kozaka, ale już mniej z profilu.
I kilka widoczków na koniec.
Podobało się?
P.S. Podziękowania dla przewodnika :)
niedziela, 4 grudnia 2011
Dlaczego warto zostać na Pomorzu?
Może przydługi fragment, ale za to jaki. Jakby ktoś wątpił w wyższość Prus nad biedną Kongresówką. Całe szczęście, że pochodzę chociaż z tej lepszej części, bliżej granicy. Pradziadunio miał i zegarek z łańcuszkiem, i krawat też. I nawet w niedzielę na stole pojawiały się bułki z białej mąki (cóż z tego, że wczorajsze i zalewane gorącym mlekiem).
Jerzy Sulima-Kamiński, Most Królowej Jadwigi, Bydgoszcz 1984, s. 91-96.
Kongresiak mógł tylko "aspirować". I nawet cylinder nie czynił z niego cywilizowanego człowieka, skoro nadal biegał za stodołę i nie miał wychodka ;)
Mecenas: "Do wszystkiego można przywyknąć. Jacy tu oni są, tacy są, ale przynajmniej uczciwi. (...)
Fryzjer: Skoro jest tak, jak pan mecenas mówisz, to aż dziw, żeś pan nie zrobił plajty w swoim zawodzie...(...)
Ojciec strzyże uszami znad gazety. Oho! antki rozprawiają o nas, Pomorzakach! Warto się temu przysłuchać! (...)
Fryzjer: Dałbyś się pan mecenas spryskać koniakiem.
- A propos koniak! - ożywia się mecenas - Wierzcie mi albo nie wierzcie, panowie, ale ja właściwie dzięki koniakowi zainstalowałem się w tym mieście na stałe!
(...)
-A zresztą- daje za wygraną asesor- Dlaczego nie? "Pod Orłem" mają niezłe marki.
- Nie dlatego! - mecenas strzela z palców gestem przywołującym kelnera - To niezupełnie tak, wyraziłem się nieściśle. Owszem, koniak również odegrał pewną rolę, ale był on raczej czynnikiem towarzyszącym. Żeby tak powiedzieć, przygotował grunt.
- Rozumiem, kiecka!
- Pan jesteś gorączka. Pan upraszczasz, że tak powiem antycypujesz zdarzenia. W dwudziestym pierwszym roku, proszę panów, wybiło mi trzydzieści pięć lat, ukończyłem wreszcie studia i byłem wolny, jak nie przymierzając ten przysłowiowy ptaszek. Czas by się ustatkować człowieku, myślę, o coś zaczepić, zakotwiczyć na stałe. Ale gdzie? W Przemyślu? Tam mój ojciec prowadził jeszcze praktykę, nie chciałem wchodzić w jego interesy. We Lwowie? No, nieźle, nieźle, tylko, że ciasno. Zresztą mnie
pociągał świat, panowie wiedzą, jak to jest w tym wieku.
- Ja w pańskich latach byłem już ustatkowany.
- A ja - powiada ojciec - drugi raz żeniaty.
- Ustatkowany, ustatkowany. Pan asesor jesteś ideałem. Ale ja? Mnie interesował Zachód. Poznań. No, może Gdańsk ostatecznie. Bydgoszcz w żadnym razie nie wchodziła w rachubę. Wieś z tramwajami, jak to się mówi. No i te niemieckie naleciałości. Nie! To nie dla mnie!
- Ci ludzie tutaj...
- Ludzie? Ludzie powiadasz pan asesor? No to posłuchaj pan. Do Bydgoszczy trafiłem przejazdem. Taki etap, żeby odsapnąć po podróży, dzień dwa. Ot, wie pan, nie śpieszyło mi się.
Ojciec wyposażył mój portfel, podróżowałem jak hrabia. Bo ja, proszę panów, zawitałem tutaj via Lwów, Warszawa. I stanąłem "Pod Orłem", elegancko, jak się należy. No, a że krew nie woda, pomyślałem sobie: rozejrzymy się, może się co stosownego trafi?
-Pan byłeś chociaż kawaler?
- A co pan asesor myślisz? W tym wieku miałem sobie życie wiązać? Rozglądam się po sali, proszę panów, widzę: jest! Siedzi taka jedna dama całkiem do rzeczy. Tak ja ukłon, ona do mnie oczko i już razem gruchamy przy stoliku. Koniaczek jeden, koniaczek drugi, trzeci. A rano proszę panów, budzę się rozglądam...
Ojciec bije się dłonią w kolano
-Ogołociła!
-Nikoguteńko koło mnie! Jak ten o, jak ten paluszek mój serdeczny, zostałem sam.
Asesor chichocze w serwetę
-Zrywam się z łóżka: rany boskie! Portfel! Gdzie mój portfel?!
-Fiuuu! - pogwizduje asesor -To się mecenas urządziłeś
(...) - Szukam? Jest! Liczę... Imaginuj sobie asesor...
-Pusty!
- Bzdura, asesor! Kasa się zgadzała. Brakowało tylko dziesięciu złotych, tyle ile się jej należało. To ja myślę sobie: skoro tutaj nawet kurwy, za przeproszeniem są uczciwe, to gdzie ty człowieku, będziesz szczęścia po świecie szukał? Zostałem i nie żałuję.
Ojciec dałby się teraz za mecenasa porąbać."
Jerzy Sulima-Kamiński, Most Królowej Jadwigi, Bydgoszcz 1984, s. 91-96.
Kongresiak mógł tylko "aspirować". I nawet cylinder nie czynił z niego cywilizowanego człowieka, skoro nadal biegał za stodołę i nie miał wychodka ;)
piątek, 14 października 2011
No to będzie o Trialogu...
Może pominę nadmierne ekscytacje na temat Trialogu i przejdę do meritum. W kolejności odwrotnie chronologicznej będę "nadganiać" zaległości. Sprawę szerokości zdjęć rozwiązałam sposobem nieco łopatologicznym, ale lepiej tak niż wcale, prawda?
Wędrując szlakami dawnej pruskiej granicy (i krzyżackiej też, ale nie ukrywajmy, miała ona drugorzędne znaczenie, tak samo pozostałe), miałam okazję poznać przemiłych ludzi i ludzi tak niemiłych, że przebywanie z nimi powodowało dreszcze i ciarki... Oczywiście, jeśli ma się 3 dni na zrealizowanie programu i wszystko robi się w biegu, nie ma czasu na robienie zdjęć. Zostało mi ich malutko, jak na takiego małego Japończyka, jak ja. W Jenie zrobiłam 3 razy więcej zdjęć (co najmniej) niż Sanjeet, którego imię radośnie wykrzykiwała grupa pozując do zdjęć grupowych. Kochany San robił zdjęcia nawet kibelkom w bibliotece... Na szczęście piękna pogoda pozwoliła złapać chociaż trochę uroku pogranicza i schować na dysku laptopa (różowego!). Czy mówiłam już, że tęsknię za Łodzią? Ale już niedługo :)
Tadam, dnia drugiego ruszyliśmy do Aleksandrowa, z którego prawie nic nie zobaczyliśmy oprócz przejścia w Pieczeni-Rożenie i dworca. Wszystkiemu winny jedenastokilometrowy!! objazd do Aleksandrowa, którego jeszcze dzień wcześniej nie było :/ Skandal, zdezorientowane ludki, takie jak ja zupełnie nie wiedziały tego dnia jak jechać do miasta...
A to właśnie miejsce, gdzie było kiedyś przejście graniczne. Był kiedyś mostek, teraz masowo występują stare dywany. Pięknie tam jest, idealne miejsce na jakiś piknik albo inną randkę. Z rosyjskiej strony beznadziejny bruk- z pruskiej porządny do dnia dzisiejszego. Były też dwie karczmy - w końcu nazwa Pieczeń i Rożen zobowiązuje... Chyba będę tam nie raz wracać. Może wyłowię sobie jakiegoś księcia :P Albo policjanta, który tam niedaleko mieszka i był bardzo miły przy wręczaniu mandatu.
Reakcja koleżanki W. z Rosji "A rieka? Kuda?" Tam wszystko jest większe - taka mała rzeczka dla nich to kanalik.

Fototerroryści też tam byli, tęsknie fotografując pruską stronę...

A to już ciekawostka z samego Aleksandrowa. Mniejsza o okoliczności powstania tego wieńca, ale! Ale to chyba jedyny w województwie autentyczny przedwojenny wieniec nagrobny, który nam się dochował w całości. Wielokrotnie zastanawiałam się, jak takie wieńce wyglądały, nie raz w końcu znajdowaliśmy a to listek, a to kwiatek, a to samą obręcz... Wieszano takie (zapewne skromniejsze) na żeliwnych krzyżach i stukały i straszyły. To się nazywa cmentarna muzyka...

A to malownicze zdjęcie rudej wydry w parku przydworcowym. Chwilę później miałam ochotę wrzucić ją pod pociąg. Szczęściem dla niej, żaden nie jechał.

NIESZAWA
Nieszawa pięknym miejscem jest. Też tam będę wracać, coś mi się zdaje. Przemiła zakonnica wręczyła studentom obrazki błogosławionej Sancji, opiekunki studentów. Nie działają, odkąd je mam, prześladuje mnie potężny pech (patrz mandat i tysiąc pięćset innych nieszczęść).

A to już granitowe kolumienki z Warszawy i inne tego typu radosne kawałki piaskowca. Ładne, ale komu bym nie pokazała zdjęcia pyta się mnie - ale po co?




Kolejna smętna morda...

Za to w tym widoku mogłabym się zakochać. Co by ludzie powiedzieli, jakbym zamieniła się na nieszawskim bulwarze w słup soli niczym żona Lota?

RYPIN
Kochane stare dłonie i najładniejsza klamka w mieście. Chcę mieć babcię, czas sobie jakąś upolować.

O zgrozo... Kościół w Michałkach pozbył się rusztowań z wieży i chyba jednak doczeka się końca remontu. A tyle lat już stał niedokończony. Michałki zmienią nazwę na Kanarki i w końcu miejscowość przestanie się smutno kojarzyć.

Strasznie chciałam przytulić i powiedzieć, że jeszcze będzie lepiej. Cała grupa jeszcze długo była pod wrażeniem. Dlaczego tu? Dlaczego właśnie w Rypinie ten dialog nie wychodzi? Ludzie pamiętają tylko rachunki krzywd, burzą się na dobro. Co złego jest w odremontowaniu cmentarza, że musieli znów go zdewastować... I to miesiąc po poświęceniu...

Podobno w tym napisie jest kość niezgody. Rozniosła się plotka, że napis na kamieniu jest tylko po niemiecku, miejscowi wzburzeni... A wystarczy mieć trochę szersze horyzonty i lepszy wzrok. Gotyk nie zawsze oznacza napis po niemiecku! Szczególnie na tych terenach.

Tu przecież rosyjsko brzmiące nazwisko może oznaczać ewangelika, a Gerc czy Szulc może być polskim wojowniczym sklepikarzem.


A to chyba najważniejszy wynik projektu:

Jak powiedział autor: My myśleli, że Polska, to tam gdzie mieszkają Polaki, a tu i Rosjanie i Niemcy i Żydzi... I to wszystko razem było...
Wędrując szlakami dawnej pruskiej granicy (i krzyżackiej też, ale nie ukrywajmy, miała ona drugorzędne znaczenie, tak samo pozostałe), miałam okazję poznać przemiłych ludzi i ludzi tak niemiłych, że przebywanie z nimi powodowało dreszcze i ciarki... Oczywiście, jeśli ma się 3 dni na zrealizowanie programu i wszystko robi się w biegu, nie ma czasu na robienie zdjęć. Zostało mi ich malutko, jak na takiego małego Japończyka, jak ja. W Jenie zrobiłam 3 razy więcej zdjęć (co najmniej) niż Sanjeet, którego imię radośnie wykrzykiwała grupa pozując do zdjęć grupowych. Kochany San robił zdjęcia nawet kibelkom w bibliotece... Na szczęście piękna pogoda pozwoliła złapać chociaż trochę uroku pogranicza i schować na dysku laptopa (różowego!). Czy mówiłam już, że tęsknię za Łodzią? Ale już niedługo :)
Tadam, dnia drugiego ruszyliśmy do Aleksandrowa, z którego prawie nic nie zobaczyliśmy oprócz przejścia w Pieczeni-Rożenie i dworca. Wszystkiemu winny jedenastokilometrowy!! objazd do Aleksandrowa, którego jeszcze dzień wcześniej nie było :/ Skandal, zdezorientowane ludki, takie jak ja zupełnie nie wiedziały tego dnia jak jechać do miasta...
A to właśnie miejsce, gdzie było kiedyś przejście graniczne. Był kiedyś mostek, teraz masowo występują stare dywany. Pięknie tam jest, idealne miejsce na jakiś piknik albo inną randkę. Z rosyjskiej strony beznadziejny bruk- z pruskiej porządny do dnia dzisiejszego. Były też dwie karczmy - w końcu nazwa Pieczeń i Rożen zobowiązuje... Chyba będę tam nie raz wracać. Może wyłowię sobie jakiegoś księcia :P Albo policjanta, który tam niedaleko mieszka i był bardzo miły przy wręczaniu mandatu.
Reakcja koleżanki W. z Rosji "A rieka? Kuda?" Tam wszystko jest większe - taka mała rzeczka dla nich to kanalik.
Fototerroryści też tam byli, tęsknie fotografując pruską stronę...
A to już ciekawostka z samego Aleksandrowa. Mniejsza o okoliczności powstania tego wieńca, ale! Ale to chyba jedyny w województwie autentyczny przedwojenny wieniec nagrobny, który nam się dochował w całości. Wielokrotnie zastanawiałam się, jak takie wieńce wyglądały, nie raz w końcu znajdowaliśmy a to listek, a to kwiatek, a to samą obręcz... Wieszano takie (zapewne skromniejsze) na żeliwnych krzyżach i stukały i straszyły. To się nazywa cmentarna muzyka...
A to malownicze zdjęcie rudej wydry w parku przydworcowym. Chwilę później miałam ochotę wrzucić ją pod pociąg. Szczęściem dla niej, żaden nie jechał.
NIESZAWA
Nieszawa pięknym miejscem jest. Też tam będę wracać, coś mi się zdaje. Przemiła zakonnica wręczyła studentom obrazki błogosławionej Sancji, opiekunki studentów. Nie działają, odkąd je mam, prześladuje mnie potężny pech (patrz mandat i tysiąc pięćset innych nieszczęść).
A to już granitowe kolumienki z Warszawy i inne tego typu radosne kawałki piaskowca. Ładne, ale komu bym nie pokazała zdjęcia pyta się mnie - ale po co?
Kolejna smętna morda...
Za to w tym widoku mogłabym się zakochać. Co by ludzie powiedzieli, jakbym zamieniła się na nieszawskim bulwarze w słup soli niczym żona Lota?
RYPIN
Kochane stare dłonie i najładniejsza klamka w mieście. Chcę mieć babcię, czas sobie jakąś upolować.
O zgrozo... Kościół w Michałkach pozbył się rusztowań z wieży i chyba jednak doczeka się końca remontu. A tyle lat już stał niedokończony. Michałki zmienią nazwę na Kanarki i w końcu miejscowość przestanie się smutno kojarzyć.
Strasznie chciałam przytulić i powiedzieć, że jeszcze będzie lepiej. Cała grupa jeszcze długo była pod wrażeniem. Dlaczego tu? Dlaczego właśnie w Rypinie ten dialog nie wychodzi? Ludzie pamiętają tylko rachunki krzywd, burzą się na dobro. Co złego jest w odremontowaniu cmentarza, że musieli znów go zdewastować... I to miesiąc po poświęceniu...
Podobno w tym napisie jest kość niezgody. Rozniosła się plotka, że napis na kamieniu jest tylko po niemiecku, miejscowi wzburzeni... A wystarczy mieć trochę szersze horyzonty i lepszy wzrok. Gotyk nie zawsze oznacza napis po niemiecku! Szczególnie na tych terenach.
Tu przecież rosyjsko brzmiące nazwisko może oznaczać ewangelika, a Gerc czy Szulc może być polskim wojowniczym sklepikarzem.
A to chyba najważniejszy wynik projektu:

Jak powiedział autor: My myśleli, że Polska, to tam gdzie mieszkają Polaki, a tu i Rosjanie i Niemcy i Żydzi... I to wszystko razem było...
Subskrybuj:
Posty (Atom)



