poniedziałek, 13 lutego 2012

Psikus - szkoła w Jackowie i odnaleziony pastor.

Przepraszam czytelników najmocniej, ale nie mogłam się powstrzymać.
Konia z rzędem temu, kto wie jak to wyłączyć :)
A teraz do meritum.
Nieszczęsne Jackowo wraca do mnie jak bumerang. Tym razem coś miłego - tak dla odmiany. Okazuje się, że trafił nam się nieco zagubiony pastor. Wszystkie opracowania z zakresu historii kościołów ewangelickich nasz Freiekirche w Jackowie pomijają. Owszem, wzmianka jest - był, powstał, zabrał nam parafian, szkoła i cmentarz w Jackowie zostały opuszczone. Szkoda, bo w rachunku parafii ewangelickich w Osówce i Makowiskach gubi nam się jeden pastor. Historyjkę każdy powtarza do znudzenia: Wilhelm Alexander Tetzner 1847-1849, potem administrowana przez pastorów z Lipna, następnie na półwiecze Leo Tochtermann do 1902, potem znów pastor z Lipna, następnie dr Lucjan Lewandowski 1925-1939, lata wojny Eugen Hoffman w Makowiskach, Guido Missol w Osówce, po wojnie na moment znów Lewandowski.
Tymczasem...
Jakiś czas temu dostałam zdjęcia z uroczego Schweinfurtu. Oto ono:
Pogrzeb Marty Jahnke w Skrzypkowie lub Jackowie.
I drugie:
Konfirmacja w Skrzypkowie/Jackowie? 1937 rok.

Spojrzałam i zlękłam się. Historia powtarzana po wielokroć okazała się nie przystawać do migawek z tamtej rzeczywistości. Jakiś pastor, młody, nieopierzony, dziwny jakiś. Freikirche miało nie mieć pastorów (przynajmniej tak sobie to wyobrażałam), w końcu powstało jako wyraz protestu wobec oschłej i coraz bardziej sformalizowanej religii protestanckiej. Miało być gromadnie, mistycznie, prywatnie i w domach. A tu pastor! I co ja mam z tym fantem zrobić?

Okazuje się, że każda historyjka ma swój koniec i początek, a czasem drugie dno. Nieogarek zapomniał KTO pisał historię i PO CO. Freikirche nie było wcale tak wolne jak by się mogło wydawać. Posiadało swoje struktury w Łodzi, a tu po prostu powstała kolejna parafia. Evangelisch lutherische Freikirche (Wolny kościół ewangelicko-luterański) powstał 11 maja 1924 roku w Łodzi, założony przez pastora Malschner- Maliszewskiego, łączył się z synodem w Winsconsin, mało tego, do dziś istnieje w Niemczech. Młody pastor na zdjęciach to Armin Schlender (Szendel- we wspomnieniach sąsiadów), który po wojnie stał się prezesem tegoż kościoła :)

Ten wysoki z tyłu to on, w 1951 roku z rodziną Sikorskich w Borkhausen.


Nieoceniona Pani Elfriede Eichelkraut dotarła do informacji, że Freikirche w tych okolicach pojawił się za sprawą sprytnego rolnika Alexandra Gertza, który przekonał sąsiadów i radę owego kościoła, by dołączono Skrzypkowo-Jackowo jako parafię. Stało się to około 1930 roku. Nowa parafia "Dreieinigkeitsgemeinde Skrzypkowo-Jackowo", czyli parafia Trójcy Świętej musiała początkowo zajmować się sprawami zupełnie prozaicznymi. Nowa szkoła-kaplica (drewniano-murowana) w Jackowie stanowiła majątek Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego, więc faktycznie początkowo parafianie spotykali się gdziebądź, w domach prywatnych i na świeżym powietrzu, np. u Juliusza Maretzkiego w ogrodzie i u rodziny Jenke w Skrzypkowie. Zdarzały się również i konflikty. Do nowej parafii winien przynależeć stary cmentarz w Skrzypkowie (ten w Jackowie był dla heretyków zupełnie zabroniony, chociaż nadal w Jackowie mieszkali parafianie i na tamtejszym cmentarzu były ich groby rodzinne). Podobno, zdarzały się w Skrzypkowie na cmentarzu awantury i pogrzeby w asyście policji! Szybko zbudowano jednak ładną kaplicę (1934 r.), w całości murowaną oraz nowy cmentarz.

Żeby nie było - nowy kościół był zupełnie proniemiecki i antypolski. Gdyby superintendent Juliusz Bursze (człek o złotym sercu, ale słaby polityk), był mniej propolski i nie ignorował potrzeb połowy swojego kościoła, zapewne do rozłamu by nie doszło. Obawy o polonizacji były nieuzasadnione. Przez 20 lat istnienia II RP nasze raczkujące państwo ledwie nauczyło niemieckie dzieci mówić po polsku (i nieco pisać) - starsi niemieccy gospodarze z byłej Kongresówki i tak mieli to w poważaniu - podpisywali się w języku uniwersalnym - trzema krzyżykami :)

I na zakończenie - nędznej jakości zdjęcie od Wujka Stasia. Przedstawia szkołę-kaplicę w Jackowie, która porzucona przez parafian, nadal pełniła funkcję państwowej szkoły. Tam mój wujek nauczył się mówić "Vater unser" i do dziś potrafi w towarzystwie tą modlitwę wyrecytować. W tej szkole również mój dziadziuś podpowiadał gdzie to ma pszczoła żądło i co wziął ze sobą Abraham do ziemi obiecanej. Dostawał za to linijką po łapach i jeszcze jednej, mniej politycznej, części ciała.

Gdyby Państwo nie wiedzieli to:
"Abraham wziął żonę i dzieci,
i szafę na plecy,
i poszedł do ziemi obiecanej".


.

Korzystałam z:
Zdjęć od Pana Horsta Drunga, historii rodziny Boehm z ziemi dobrzyńskiej i rodziny Sikorskich z Sierpca oraz wiedzy Wujka Stasia.

poniedziałek, 23 stycznia 2012

Łódź jest piękna, czy Toruń również? to się okaże :)

Spodziewam się miłej wizyty, więc wrzucam zdjęcia z mojej wycieczki po mieście Łodzi. Ja swoje wiem, Łódź jest piękna. Zobaczymy, czy Toruń też.


Nawet jak się wali jest ładna.


I ma śliczne podwórka (nieco śmierdzące, ale to jak wszędzie).


To najlepsze miejsce do zabawy "znajdź maszkarona" :)


I przyjeżdżają tu ciekawi goście. To akurat wóz skandynawskiego zespołu Burnt out punks, są obrzydliwie brawurowi. Konferansjerem jest łysy transwestyta, ogień, sztuczne ognie, fajerwerki wylatują ekipie z każdego otworu ciała (dosłownie), muzyka jest za głośna, show razi uczucia artystyczne, ale i tak warto :)
Link do ich zajawki


I dziadkowie w Łodzi są uroczy.


I werandy śliczne.


Reklamy... dziwne.


A podwórka kryją tajemnice.

czwartek, 5 stycznia 2012

Ceska kuchnia :)

Nieogarek pojechał studenckim ekspresem do Pragi, ponieważ zeszłorocznym postanowieniem było zjedzenie prawdziwych knedlików - udało się! W Toruniu, oczywiście, jedyna czeska restauracja została zamieniona na grill-bar z kebabem. Mniejsza o miasto, wycieczka jak wycieczka, ale jedzenie... Można umrzeć i się urodzić ponownie. Zamiast wszechobecnej pizzy i kebabów na starówce królowały regionalne fastfoody: śmieszne czeskie kiełbaski, szynka ze starej świni (tłumaczenie dosłowne), knedliki, langosze i trdlo, kluseczki, kasztany. Po powrocie jakoś nie chciało mi się wracać do kuchni "na winie" (tłum. co się nawinie, to do makaronu) i takim sposobem pojawiły się i u nas przedziwne dania.

Były więc langosze (czosnkowy import z węgierskiej kuchni), trdlo i knedliki :)
Przepisy można znaleźć w internecie, pestka, jeśli już się zapamięta, co się jadło. Odszukanie tych nazw zajęło mi jeden dzień.

A jadło się TRDLO, czyli drożdżowe zawijańce z grilla posypane cukrem. Nazwa czeska oznacza podobno zwykły wałek do ciasta i na czymś do wałka podobnym się to piecze.
Moja propozycja - kupić jeden wałek "na straty" do pieczenia trdlo.





I knedliki (gulaszu już mi się nie chciało, więc jest bigos).


A Praga jak Praga... piękna:

niedziela, 25 grudnia 2011

Besarabki?



fot. M. Kaźmierczak

Czy ktoś wie jak to właściwie było? Tłumaczono mi, że domy te powstały dla repatriantów po II wojnie. Wiem, ze to nieprawda - skąd w powojennej Polsce środki finansowe na taki cel. Nazwa "besarabki" pochodzi od przesiedlanych podczas wojny Niemców z Besarabii. Nie były to jednak domki dla Besarabów, ponieważ zamieszkiwane były (nie wiem, czy wszystkie) przez naszych dobrzyńskich Niemców. Jeden z nich twierdzi, że powstały w 1942 roku i zostały przywiezione ze Szwecji, zaś przydział cementu odbierano na stacji pkp w Czernikowie. Sytuacja analogiczna do 'poniatówek' ze Steklinka, też przyjechały w częściach (ale nie wiem jaką koleją, skoro trasa Sierpc-Toruń powstała dopiero w 1937). Odeskowanie elewacji faktycznie kojarzy się ze Szwecją...

niedziela, 4 grudnia 2011

Dlaczego warto zostać na Pomorzu?

Może przydługi fragment, ale za to jaki. Jakby ktoś wątpił w wyższość Prus nad biedną Kongresówką. Całe szczęście, że pochodzę chociaż z tej lepszej części, bliżej granicy. Pradziadunio miał i zegarek z łańcuszkiem, i krawat też. I nawet w niedzielę na stole pojawiały się bułki z białej mąki (cóż z tego, że wczorajsze i zalewane gorącym mlekiem).

Mecenas: "Do wszystkiego można przywyknąć. Jacy tu oni są, tacy są, ale przynajmniej uczciwi. (...)
Fryzjer: Skoro jest tak, jak pan mecenas mówisz, to aż dziw, żeś pan nie zrobił plajty w swoim zawodzie...(...)
Ojciec strzyże uszami znad gazety. Oho! antki rozprawiają o nas, Pomorzakach! Warto się temu przysłuchać! (...)
Fryzjer: Dałbyś się pan mecenas spryskać koniakiem.
- A propos koniak! - ożywia się mecenas - Wierzcie mi albo nie wierzcie, panowie, ale ja właściwie dzięki koniakowi zainstalowałem się w tym mieście na stałe!
(...)
-A zresztą- daje za wygraną asesor- Dlaczego nie? "Pod Orłem" mają niezłe marki.
- Nie dlatego! - mecenas strzela z palców gestem przywołującym kelnera - To niezupełnie tak, wyraziłem się nieściśle. Owszem, koniak również odegrał pewną rolę, ale był on raczej czynnikiem towarzyszącym. Żeby tak powiedzieć, przygotował grunt.
- Rozumiem, kiecka!
- Pan jesteś gorączka. Pan upraszczasz, że tak powiem antycypujesz zdarzenia. W dwudziestym pierwszym roku, proszę panów, wybiło mi trzydzieści pięć lat, ukończyłem wreszcie studia i byłem wolny, jak nie przymierzając ten przysłowiowy ptaszek. Czas by się ustatkować człowieku, myślę, o coś zaczepić, zakotwiczyć na stałe. Ale gdzie? W Przemyślu? Tam mój ojciec prowadził jeszcze praktykę, nie chciałem wchodzić w jego interesy. We Lwowie? No, nieźle, nieźle, tylko, że ciasno. Zresztą mnie
pociągał świat, panowie wiedzą, jak to jest w tym wieku.
- Ja w pańskich latach byłem już ustatkowany.
- A ja - powiada ojciec - drugi raz żeniaty.
- Ustatkowany, ustatkowany. Pan asesor jesteś ideałem. Ale ja? Mnie interesował Zachód. Poznań. No, może Gdańsk ostatecznie. Bydgoszcz w żadnym razie nie wchodziła w rachubę. Wieś z tramwajami, jak to się mówi. No i te niemieckie naleciałości. Nie! To nie dla mnie!
- Ci ludzie tutaj...
- Ludzie? Ludzie powiadasz pan asesor? No to posłuchaj pan. Do Bydgoszczy trafiłem przejazdem. Taki etap, żeby odsapnąć po podróży, dzień dwa. Ot, wie pan, nie śpieszyło mi się.
Ojciec wyposażył mój portfel, podróżowałem jak hrabia. Bo ja, proszę panów, zawitałem tutaj via Lwów, Warszawa. I stanąłem "Pod Orłem", elegancko, jak się należy. No, a że krew nie woda, pomyślałem sobie: rozejrzymy się, może się co stosownego trafi?
-Pan byłeś chociaż kawaler?
- A co pan asesor myślisz? W tym wieku miałem sobie życie wiązać? Rozglądam się po sali, proszę panów, widzę: jest! Siedzi taka jedna dama całkiem do rzeczy. Tak ja ukłon, ona do mnie oczko i już razem gruchamy przy stoliku. Koniaczek jeden, koniaczek drugi, trzeci. A rano proszę panów, budzę się rozglądam...
Ojciec bije się dłonią w kolano
-Ogołociła!
-Nikoguteńko koło mnie! Jak ten o, jak ten paluszek mój serdeczny, zostałem sam.
Asesor chichocze w serwetę
-Zrywam się z łóżka: rany boskie! Portfel! Gdzie mój portfel?!
-Fiuuu! - pogwizduje asesor -To się mecenas urządziłeś
(...) - Szukam? Jest! Liczę... Imaginuj sobie asesor...
-Pusty!
- Bzdura, asesor! Kasa się zgadzała. Brakowało tylko dziesięciu złotych, tyle ile się jej należało. To ja myślę sobie: skoro tutaj nawet kurwy, za przeproszeniem są uczciwe, to gdzie ty człowieku, będziesz szczęścia po świecie szukał? Zostałem i nie żałuję.
Ojciec dałby się teraz za mecenasa porąbać."

Jerzy Sulima-Kamiński, Most Królowej Jadwigi, Bydgoszcz 1984, s. 91-96.

Kongresiak mógł tylko "aspirować". I nawet cylinder nie czynił z niego cywilizowanego człowieka, skoro nadal biegał za stodołę i nie miał wychodka ;)

niedziela, 13 listopada 2011

Już nie poszukiwany!

Znalazłam! :) dam znać jak treść

Jak zdobyć? Średniowiecze, Toruń i z soczysty sarkazm w tytule, bajka! Podejrzewać można, że autorem jest Julian Prejs, bo kto inny do kalendarza wydanego przez niego mógł napisać powieść? W końcu był człowiekiem dość samowystarczalnym - od pomysłu do plajty. A może to nie powieść tylko o-powieść, czyli opowiadanie? Czy się gdzieś zachowało?

"Pokój Toruński-Pioruński, czyli Wesele pięciórne"

wtorek, 8 listopada 2011

Łódzka autoironia



Ulica Legionów, która wiedzie do Manufaktury - największego centrum handlowego w jakim w życiu byłam. Ale... ulica ta wiedzie również na Cmentarz Stary przy Ogrodowej - stąd napis po prawej