Nie po raz pierwszy widzę tego chomiczka w niezwykle poważnych miejscach i sytuacjach :> Na konferencjach zdarzało się, że wyskakiwał komuś zza prezentacji, na niezwykle poważnych zajęciach również, ale żeby tak w archiwum? Profanacja.
W 2007 czy 2008 roku mamcia dostała pierwszy raz w życiu paczkę ze słodyczami z zakładu pracy. Była to rzecz wyjątkowa, szczególnie dla jeszcze młodego i pięknego jeszcze O-garka, bowiem Ogarek wraz z bratem nigdy jeszcze nie jedli takich "państwowych" słodyczy. Przez wszystkie lata edukacji szkolnej w rodzinnej wsi rodzeństwo było wyjątkiem wśród małych Elaniątek, które owe paki ze słodkościami szeroko omawiały na przerwach. Paczka mamci była zatem zjawiskiem nad wyraz wyjątkowym. Spełnieniem marzeń i kropką nad i, rzekłabym. Wśród najdziwniejszych słodkości znalazły się również i kłopotliwe prezenty, mianowicie dwa dorodne i mocno dojrzałe ananasy. Nad ich konsumpcją głowiła się cała rodzina, na szczęście dzieci Neostrady użyły Internetu i skorzystały z poradnika takiego, jak ten (tyle, że był animowany i po japońsku, niestety filmik już zniknął z Sieci):
No dobrze, ale co dalej? Obrać się da, ale kto to wszystko zje? Nikt w rodzinie za tym specjałem nie przepada... Niewiele myśląc mamcia ruszyła po spirytus schowany na dnie szafy u babci w pokoju (babcia przezornie nadobyła sporą butelkę i schowała głęboko, bo miała dość zjawiska parującej wódki, którą zostawiała sobie w kuchni do pączków - coby nie piły tłuszczu). W końcu wszystko, co słodkie w alkoholu smakuje jeszcze lepiej. Tak narodziła się idea nalewki z ananasa, którą do dziś wspominają niektórzy ;)
Przepis:
1) przejrzały wręcz ananas, pokrojony w kosteczkę
2) cukru tyle samo co ananasa
3) tyle samo spirytusu dobrej jakości
Zalać, odczekać - niedużo, miesiąc wystarczy. Zlać to, co ładne i przezroczyste - ananasik w spirytusie wytwarza osad. Pić zimne, można mieszać. Pozostałości z dna można wrzucać po łyżeczce do herbatki zimowa porą. Wygląda pięknie.
Łódź jest pięknym miastem, w którego otoczeniu jest kobiecie niezwykle do twarzy. W słoneczny dzień nie ma nic piękniejszego niż wybrać się z żoną na spacer. Może być piesek zamiast żony, ale z pieskiem nie da się pobawić w szukanie maszkaronów. Bo idąc przez Łódź spacerkiem wśród twarzowych kamienic, które ledwie muskamy wzrokiem, jesteśmy obserwowani przez przedziwne fizjonomie.
Twarze brodate, czasem sprawiające wrażenie trochę zamyślonych, troszkę zagniewanych.
Ot, czasem mignie nam jedna czy druga, gdzieś wysoko. Czasami bywa boleściwa lub bolejąca:
Czasami radosna, nadal brodata, ale za to z zielskiem wyrastającym z uszu.
Jednak czasami można odnieść wrażenie, że jest się obserwowanym!
Nieproszonym!
Nędznym!
Wyganianym z krzykiem!
Albo... nabitym w butelkę przez wesołego diabła, który spacerowiczom miesza w głowach :)
A twarze się z nas śmieją. Z ludzików malutkich, szurających po trotuarach i zbyt często wpatrzonych we własne buty, zupełnie z daleka od nieba.
Postanowiłam ustanowić jakąś nagrodę dla zwycięzcy. Postanowiłam, że będzie to coś, czego wygrany się nie spodziewa, a pewnie sam by sobie tego nigdy nie zakupił bądź załatwił. Innymi słowy - nagroda będzie dostosowana indywidualnie. Nie ogłaszam rankingu po 1 części, by nie zdradzać prawidłowych odpowiedzi. Jak na razie nikt nie zgadł 100%. Nawet rodowita łodzianka po studiach w Toruniu ;)
Część zdjęć pożyczona od Marty za jej zgodą (dziękuję! :))
Proszę spróbować zgadnąć, które z poniższych zdjęć zostało wykonane w Toruniu, a które w Łodzi. Czasami ten świat może być zupełnie inny, niż się wydaje :) Jedno zdjęcie jest pożyczone (czyli nie moje).
1.
2.
3.
4.
5.
6.
7.
8.
9.
10.
11.
12.
13.
Zapraszam do zabawy i komentowania. Mam na podorędziu jeszcze jedną serię - tym razem bardziej kamieniczną i klatkowo-schodową.
Z pozdrowieniami dla Pana, który mnie wkleił na swojego prywatnego antygermanofilskiego redwatcha. Zawsze o tym marzyłam, dziękuję! ^_^
A mi to egal i wsio rawno. Jak to było w piosence, niech chociaż puste koperty ;)
Już bez psikusów. Pamiętajcie, nie róbcie zdjęć pożyczonym aparatem. Nie wychodzą.
Jak czytelnicy może zauważyli, po wejściu na bloga od razu uruchamiała się niezbyt miła dla ucha muzyczka. Tak, to ten zły utwór, na punkcie którego wszyscy oszaleli i równie prędko mieli go dosyć: Gotye i Kimbra - Somebody that I used to know. Postanowiłam się wszystkim spsocić na walentynki (święto patrona chorych na padaczkę i psychicznie chorych) i to udostępnić w sposób nie pozostawiający nikomu wyboru.
Tamten kawałek już usunęłam, niestety - teraz będzie straszył inny.
Jak zrobić taki muzyczny psikus?
Wersja możliwie najprostsza, bez kombinacji. Zostaje dość sporo niepotrzebnego kodu, ale nie chcę w głowach mieszać.
1. Należy odnaleźć na youtube filmik, który chce się wkleić.
np. http://www.youtube.com/watch?v=BW3gKKiTvjs
Będziemy stosować atrybut autoplay, aby muzyka porażała czytelnika od samego wejścia :)
link będzie wyglądał wówczas tak:
http://www.youtube.com/watch?v=BW3gKKiTvjs&autoplay=1
2. Następnie dodać taki atrybut do gotowego podanego poniżej kodu po znaczniku embed src. Atrybuty dodaje się po prostu przez and - &. Ten link poniżej posiada już ich kilka, ale wystarczy dokleić kolejny, to nie szkodzi.
3. Zmniejszyć szerokość i wysokość obiektu na 1X1 - całego obiektu i filmiku więc po znaczniku object i po znaczniku embed src
I już mamy psikus. Wyświetli się w postaci jednego malutkiego pikselika jak pod spodem:
UWAGA!
Proszę nie ustawiać szerokości i wysokości na 0 :) Po prostu nie będzie działało. Dwa - człek inteligentny zrobi sobie podgląd źródła strony, zlokalizuje filmik i zablokuje odtwarzanie (w Mozilli powinna się wyświetlić po ucelowaniu w pikselik zakładka "Zablokuj", po kliknięciu pojawi się okno wyboru - proszę pamiętać - nie blokować całego yt tylko ten konkretny filmik).
Pozdrawiam i zachęcam do robienia psikusów :) Bardzo lubię dowiadywać się, czego, kto słucha i poszerzać horyzonty, gdy moja playlista niczym Lewiatan zjada swój ogon.
Jeśli czyta tego posta jakiś informatyk, błagam o litość! :)